Forum DDN+. Duch, Dusza i Serce znajdą tu Natchnienia, świadectwa i pomoc.
http://www.drogowskazydonieba.com/

MAMA, MACIERZYŃSTWO - NAJMŁODSZE
http://www.drogowskazydonieba.com/viewtopic.php?f=85&t=50731
Strona 1 z 1

Autor:  Admin_DDN [ 10 mar 2015, o 20:01 ]
Tytuł:  MAMA, MACIERZYŃSTWO - NAJMŁODSZE

MAMA, MACIERZYŃSTWO - NAJMŁODSZE

Wychowaliśmy z mężem pięcioro.
Ale mówić będę tylko o najmłodszej, bo od niej nauczyłam się najwięcej.

Nasza córka ma obecnie 25 lat i jest upośledzona umysłowo w stopniu umiarkowanym.
Urodziła się z zespołem Downa (mongolizm).
Dowiedziałam się o tym od lekarza pediatry, gdy miała 10 miesięcy.
Przypomniały mi się wtedy słowa lekarki, z którą pracowałam w przychodni kilka lat wcześniej.
Powiedziała mi kiedyś, po wyjściu matki z małym pacjentem:
Niech siostra zapamięta to dziecko dotknięte wadą wrodzoną, zwaną mongolizmem.
Te dzieci mają skłonności zbrodnicze...
Pamiętam przerażenie, jakie mnie ogarnęło w chwili uświadomienia sobie kalectwa mego dziecka.
Jak je wychować, by zapobiec, by uniknąć skutków tej wrodzonej skłonności?

Ale w miarę jak rosła, jak dostrzegałam w nieporadnym ciałku jej swoisty wdzięk i odkrywałam w niej coraz większą serdeczność, w miarę też jak dowiadywałam się coraz więcej o chorobie, zwanej mongolizmem - uspokajałam się.
Moje dziecko nie wyrośnie na zbrodniarkę.
Lekarka pomyliła się, w latach 50-tych nic jeszcze prawie o mongolizmie nie było u nas wiadomo.
Mała, wychowywana w rodzinie i otoczona miłością, wyrośnie na człowieka, słabszego wprawdzie od starszych naszych dzieci, ale nie mniej wartościowego.

Nasza córeczka rosła i okazywała nam coraz więcej serca.
Nie umiała jeszcze mówić, ale już wypowiadała swoje uczucia gestem, mimiką, zachowaniem.
Ledwie wracałam z pracy, biegła i szybko przynosiła mi domowe pantofle, bo wiedziała, że gdy je włożę, to już z domu nie wyjdę, będę z nią, a ona potrzebowała mojej obecności.

W tym czasie narastały trudne lata: nauka najprostszych czynności samodzielnego ubierania się, mycia, jedzenia itp., które zwykłe dziecko nabywa nieomal niepostrzeżenie trwała całymi latami.
Ale każde nowe osiągnięcie było dla mnie źródłem niewypowiedzianej radości.
Do dziś pamiętam uczucie triumfu z pierwszego zapiętego guzika, pierwszej zawiązanej samodzielnie sznurówki...

Potem przyszły jeszcze trudniejsze lata szkolne: codzienna męka wożenia i odbierania małej ze szkoły.
Musiały tu pomagać wszystkie starsze dzieci.
Znoszenie w zatłoczonych tramwajach wgapiania się i uwag pasażerów, obserwujących z natrętną ciekawością zachowatua naszej małej i wysłuchujących jej monologów, a raczej dialogów z wyimaginowaną towarzyszką.
Latami trwająca nauk czytania, pisania, rachunków, z której w rezultacie nic nie wynikło.
Ale też pierwsze kontakty z innymi rodzicami dzieci upośledzonych umysłowo, pierwsze wspólne walki o prawa naszych dzieci - do wykształcenia, do wypoczynku, do nauki zawodu, wreszcie do pracy...
Nasuwające się wciąż nowe pytania wymagały odpowiedzi, a często nie znajdowaliśmy jej nigdzie.
Jak przekazać dziecku wiarę w Boga?
Jak je przy gotować do sakramentów św.?
Szukałam wskazówek u księży i w literaturze, i nie znajdowałam niczego, ani w katechizmach, ani w czasopismach religijnych.
Wreszcie zwróciłam się do sióstr, prowadzących zakład dla upośledzonych dziewcząt.
Asystowałam przy tych lekcjach z coraz większym rozczarowaniem, bo widziałam, że przyswajane z trudem, pamięciowo, prawdy wiary nie trafiają, nie mogą trafić do duszy kalekiego dziecka, że nie tak trzeba je podawać.
Ale jak - nie wiedziałam; i dopiero po 10 latach poszukiwań miałam się o tym dowiedzieć za granicą.

Tymczasem nasza córka rozwijała się, dorastała i coraz wyraźniej kształtowała się jej osobowość.
Zaskakiwała mnie swoistą logiką, nieoczekiwaną umiejętnością trafiania w sedno w rodzinnych dyskusjach, poczuciem humoru, ale przede wszystkim zaletami serca: bezinteresowną miłością okazywaną najbliższym, wrażliwością na cudze cierpienie, życzliwością i przyjaźnią ofiarowaną każdemu.

Nie znaczy to jednak, by nie posiadała stron ujemnych: leniwa z natury nie lubi się ruszać, a wszystkie owe obowiązki spycha zawsze na później.
„Kocha jeść” - toteż obwód w pasie niepokojąco się powiększa.
Skoncentrowana na sobie, z trudnością dostrzega potrzeby drugich.
Uparta jak kozioł, postępuje według swojego widzimisię, nie dając sobie wyperswadować wielu rzeczy.

Bardzo wiele zawdzięczam memu kalekiemu dziecku, które odwróciło i przekształciło całe moje życie.
Dzięki niej poznałam i wrosłam w nieznany i piękny świat, naznaczony wprawdzie ogromnym cierpieniem, ale jakże bogaty!
Świat ukryty, niedoceniony, pełen nieoczekiwanych skarbów, o odwróconej skali wartości.
Nie liczy się tu bowiem tak powszechnie ceniona inteligencja; na pierwszy plan wysuwają się zalety serca, potrzeba odbierania, ale i dawania miłości, ufność i prostota, szczerość i autentyczna przyjaźń.

Nauczyłam się widzieć w moich młodszych braciach i siostrach o niepozornym wyglądzie i trudnym, nieporadnym sposobie wyrażania się pełnowartościowe osoby, z których każda jest niepowtarzalna.

Nauczyłam się głębokiego szacunku dla tych ludzi, naznaczonych cierpieniem od dzieciństwa, a przecież uśmiechniętych i zawsze skorych do radości, promiennej, zaraźliwej radości naszych spotkań.

Dzięki naszej córce poznałam wielu wspaniałych ludzi, którzy stali się moimi mistrzami i przyjaciółmi na tym szczęśliwym szlaku, który obrałam.

Moim zdaniem, posiadanie dziecka upośledzonego to wielkie Boże wyróżnienie, które poprzez bolesną i ciernistą drogę wiedzie do wspaniałych odkryć, jeśli się tylko zechce otworzyć oczy i uszy, by dostrzec Chrystusa w najbiedniejszych i usłyszeć Jego słowa:
Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem ich jest królestwa niebieskie. Bernardeta.



Autor nieznany – zebrał ks. Antoni Wac

Strona 1 z 1 Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
http://www.phpbb.com/