Forum DDN+. Duch, Dusza i Serce znajdą tu Natchnienia, świadectwa i pomoc.
http://www.drogowskazydonieba.com/

MAMA, MACIERZYŃSTWO - BYŁAM I JESTEM SZCZĘŚLIWA
http://www.drogowskazydonieba.com/viewtopic.php?f=85&t=50722
Strona 1 z 1

Autor:  Admin_DDN [ 10 mar 2015, o 19:56 ]
Tytuł:  MAMA, MACIERZYŃSTWO - BYŁAM I JESTEM SZCZĘŚLIWA

MAMA, MACIERZYŃSTWO - BYŁAM I JESTEM SZCZĘŚLIWA

Czytając ankietę zastanawiałam się, czy napisać n swoich przeżyciach.
Może warto?...

W wieku sześciu lat zaczęły pojawiać się u mnie nagle ataki nerwowe.
Podczas snu zrywałam się przerażona, z krzykiem, po chwili traciłam przytomność.
Kiedy po paru godzinach odzyskiwałam świadomość, traciłam mowę, która wracała po następnych kilku godzinach Neurolodzy stwierdzili ataki epileptyczne.

Rok 1939, wojna, lecące bomby - nawet nie wiem, kiedy straciłam przytomność - odzyskałam ją następnego dnia.
To był ciężki, ale ostatni atak.
Ciągle jednak odczuwałam lęk, przerażenie i rozpacz.

Okupacja: ciężka praca, poniewierka, brak jedzenia, ciągłe zagrożenie życia - nie poprawiły bynajmniej stanu mego zdrowia.

W roku 1950 wyszłam za mąż, urodził się pierwszy syn.
Stan mego zdrowia zaczął się poważnie pogarszać.
Lekarze stwierdzili nadczynność tarczycy.
Konieczna była operacja.
W 1954 roku przyszedł na świat drugi syn.
Do wszystkich moich chorób dołączyła się jeszcze choroba psychiczna - były to cierpienia nie do opisania - po prostu koszmar.
Ciągle leżałam, nie byłam w stanie nic robić.
Aby choć trochę poprawić stan mego zdrowia, skierowano mnie do sanatorium w Kościanie.
Zabiegi, prawie wszystkie z możliwych, także wstrząsy elektryczne.
Przebywałam tam pół roku.
Niestety, niewielka poprawa.
Starałam się jak mogłam zajmować domem i dziećmi.
Bywało jednak, że leżałam parę miesięcy, niezdolna do żadnej pracy.
Skierowano mnie do Gniezna, gdzie również przebywałam pół roku.
W drodze powrotnej do domu „złapałam” płonicę (szkarlatynę).
Tego samego dnia wieczorem miałam prawie 42 stopnie temperatury.
Rano zawieziono mnie do szpitala na oddział zakaźny, gdzie spędziłam kolejnych kilka tygodni.

Mijały powoli lata, jedne lepsze, drugie gorsze.
W roku 1966 zaczęłam podejrzewać ciążę.
Lekarze potwierdzili moje przypuszczenia i radzili usunąć ją, dla dobra mego i dziecka.
Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę ze stanu mego zdrowia, jednak wiara w Boga i miłość do dzieci powodowały opory przed podjęciem takiej decyzji.
Upływały dni - jak postąpić?
Trzeba przecież coś zdecydować!
Ponownie udałam się do ginekologa oraz do psychiatry, który mnie leczył.
Zgodnie stwierdzili, że ciążę należy usunąć, i to zaraz, gdyż czas nagli.
Z ciężkim sercem udaliśmy się z mężem do szpitala.
Ginekolog, który mnie przyjmował, przeczytał skierowanie na zabieg, w którym podkreślono słowa: „za wskazaniem lekarskim”.
Poprosił, bym od razu została, ponieważ rano będzie zabieg, dłużej czekać nie można.
Ogarnęło mnie przerażenie.
Panie doktorze, nie mam piżamy.
W czym problem – mówił doktor - mamy szpitalne, ale skoro pani blisko mieszka, to proszę pójść i wrócić, łóżko każę zaraz przygotować.

Wyszłam z gabinetu.
Na korytarzu czekał mąż – był taki smutny.
Marian, wiesz co postanowiłam?
Ja nie mogę tego zrobić!
Wszystko oddaję w ręce Boga: siebie, dziecko i nasz los.
W domu zapanowała cicha radość, choć wszyscy bali się, co to będzie.

Mijały miesiące...
Nadszedł dzień rozwiązania - 8 listopada 1966 roku.
Poród był ciężki, tlen, zastrzyki, w końcu cięcie, gdyż tętno dziecka było prawie niewyczuwalne.
Wreszcie dziecko przyszło na świat.
Jego krzyk, ciche rozmowy...

Lekarz podchodzi blisko:
Ma pani syna.
To cudownie! - mówię - choć... miała być dziewczynka.
Jeszcze coś muszę pani powiedzieć: pani synek ma rozszczep kręgosłupa.

Przeraziłam się, pytam, co to takiego?
To nieodwracalne kalectwo.

Był to dla mnie straszny cios.
Zapomniałam o wszystkich moich cierpieniach, pozostała tylko troska o dziecko, starania o pomoc.
Ile bólu było we mnie, kiedy matki zachwycały się swoimi dziećmi, a ja mojego Maciusia nie mogłam zobaczyć!
Prosiłam lekarza o zwolnienie do domu.
Był to ten sam doktor, który przyjmował mnie na usunięcie ciąży.
Wyczułam, że teraz odnosił się do mnie z wielkim szacunkiem.
Wróciłam do domu.
Po miesiącu przywieźliśmy również Maciusia - był śliczny.
Miał uroczysty chrzest.
Robiliśmy dla niego wszystko, co było w naszej mocy.
Otoczyliśmy go opieką i wielką miłością.

Nadszedł jednak znowu taki dzień, kiedy zabrano Maciusia do szpitala z powodu zapalenia płuc.
Nigdy już nie powrócił do naszego domu.
Zmarł, mając trzy i pół miesiąca.
Tak bardzo kochaliśmy to nasze dziecko, tak śliczne pomimo poważnego kalectwa.

Ciężko przeżywałam śmierć Maciusia, ale przecież kiedyś podjęłam decyzję - oddając los mój i mojego dziecka w ręce Boga.
Mimo ogromnego smutku, tak bardzo byłam, i jestem szczęśliwa.
Mogłam zobaczyć i przytulić swoje dziecko.
Krystyna.



Autor nieznany – zebrał ks. Antoni Wac

Strona 1 z 1 Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
http://www.phpbb.com/