Forum DDN - Drogowskazy do Nieba.
  

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]



Utwórz nowy wątek Odpowiedz w temacie  [ Posty: 1 ] 
Przeszukiwarka poniższego WĄTKU:
Autor Wiadomość
Admin_DDN
 Tytuł: Dlaczego zostałem okłamany? - świadectwo Wojtka / sekty
PostNapisane: 18 lip 2014, o 12:17 
Offline
1000p
1000p
Postów: 6536
Skąd: Polska
Dlaczego zostałem okłamany? - świadectwo Wojtka / sekty


Jestem człowiekiem wierzącym, zawsze starałem się, by Bóg był na pierwszym miejscu w moim życiu. Moja historia rozpoczęła się latem 2005 roku. Poszedłem wtedy do miasta zrobić zakupy. Spotkałem mojego przyjaciela, chciałem z nim porozmawiać, bo dawno go nie widziałem. Piotrek zaprosił mnie na grilla. Zgodziłem się, bo bardzo chciałem się z nim zobaczyć. Zapytałem, kto jeszcze tam będzie, nie chciał powiedzieć, więc nie naciskałem.

Wieczorem, gdy przyszedłem na grilla, zobaczyłem ludzi, których znałem z widzenia. Było zabawnie, dużo wszyscy rozmawialiśmy. W pewnej chwili podszedł do mnie Mirek (kolega z czasów szkolnych) i zaczął opowiadać o swoim życiu i o tym, jak Jezus go zmienił. Mówił, że wierzy w to, że będzie zbawiony i zadał mi to samo pytanie: „Czy Ty wierzysz, że będziesz zbawiony?”. Odpowiedziałem, że tak, wierzę. On dalej pytał: „Czy oddałeś swoje życie Jezusowi? Bo jeśli tego nie zrobiłeś, to nie będziesz zbawiony”. Odpowiedziałem, że nigdy tego nie zrobiłem i poczułem wstyd. Na co on odparł, że mogę to zrobić w każdej chwili, nawet teraz. Zacząłem się wahać, ale czułem na sobie wzrok innych ludzi, bardzo źle się wtedy poczułem. Wówczas Mirek zapytał, czy chcę się z nim pomodlić. Zgodziłem się, bo chciałem się jak najszybciej z tego towarzystwa wyrwać. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, jak potoczy się dalej moje życie. Pamiętam, że gdy wychodziłem z imprezy do domu, Mirek powiedział: „Nie zapomnimy o Tobie”. I miał rację, nie zapomnieli.

Piotrek tak jak przed grillem nie miał czasu spotykać się ze mną, tak teraz nalegał, abyśmy się częściej spotykali. Pamiętam, że pewnego wieczoru na nasz spacer zaprosił chłopaka, którego słabo znałem, bo był ode mnie starszy. I on zaczął mnie wypytywać o moje życie: czy jestem szczęśliwy itp. W końcu zapytał, czy chciałbym bliżej poznać Jezusa. A ja się zgodziłem. Cytował mi fragmenty z Pisma Świętego, które wcześniej sam analizowałem. Zacząłem się z nim spotykać regularnie. Dobrze się czułem w jego towarzystwie, był miły, radosny. To, co mówił, pokrywało się z tym, co słyszałem w kościele, np. podczas kazań na mszach.

Po jakimś czasie zaproponował mi, abym pojechał w góry na 3 dni z grupą jego znajomych. Powiedział, że on też tam będzie. Nie chciało mi się jechać, musiałem załatwić formalności związane ze studiami, ale on naciskał. W końcu się zgodziłem. Pojechaliśmy do Bystrzycy Górnej. Bardzo zdziwiło mnie to, że prawie wszyscy byli tam starsi ode mnie, nie było nikogo, z kim mógłbym porozmawiać swobodnie. Ale byli bardzo mili, wypytywali o moje życie prywatne. Drugiego dnia pojechaliśmy pozwiedzać okolicę. Wtedy podszedł do mnie straszy mężczyzna, który wypytywał, czy jestem praktykującym katolikiem, czy wierzę w Maryję. Pamiętam, że nie miałem ochoty z nim rozmawiać. Powiedziałem mu, że chodzę do kościoła i wierzę w Maryję. Nic nie odpowiedział. Następnego dnia mówił mi o miłości Boga do ludzi, o tym, że tylko Jezus daje zbawienie, bo tak jest napisane w Piśmie. Nie rozumiałem tego, co do mnie mówił.

Niedługo po powrocie z Bystrzycy Piotrek zaprosił mnie na spotkanie modlitewne wspólnoty chrześcijańskiej. Zdecydowałem się pójść. Okazało się, że budynek, w którym mamy się spotkać jest stary i opuszczony, w środku była jednak duża sala. Trochę mnie zdziwiło, że nie spotykamy się przy kościele, ale pomyślałem, że nie liczy się budynek, ale ludzie. Spotkanie było bardzo chaotyczne, raz ludzie śpiewali, raz się modlili, nagle ktoś coś mówił w niezrozumiały dla mnie sposób. Zdziwiłem się, ale usłyszałem odpowiedź, że to Duch Święty mówi nam, co w danym momencie mamy robić. Mówili o mnie „Świeży”, bo byłem nowy we wspólnocie i „świeżo nawrócony”.

Gdy coraz bardziej zacząłem poznawać wspólnotę, zorientowałem się, że ludzie, którzy do niej należą, spotykają się i przyjaźnią tylko we własnym gronie. Było to dziwne. Wtedy tłumaczyłam sobie to w ten sposób, że to Bóg ich połączył. Ludzie ze wspólnoty zawsze i wszędzie trzymali się razem. Poczynając od wspólnych wypadów na pizzę, a kończąc na wspólnym mieszkaniu ze sobą w Opolu na stancji. Wszystkich spoza wspólnoty nazywali „ludźmi ze świata”, ponieważ byli nienawróceni. Z ludźmi spoza wspólnoty można się było tylko spotykać po to, by ich ewangelizować. Ale te wszystkie moje spostrzeżenia ignorowałem, bo było mi tam dobrze.

Czułem się we wspólnocie coraz lepiej. Otaczali mnie życzliwi ludzie, zapraszali na filmy, ogniska, wspólne spacery. Nie było dnia, żebym gdzieś z nimi nie poszedł. Powoli zaczynałem myśleć tak jak oni, tzn. że świat dzieli się na zbawionych, czyli tych, którzy są we wspólnocie, i tych nienawróconych, czyli wszystkich, którzy nie należą do wspólnoty.

Pamiętam, że na jednym z filmów ktoś zapytał mnie, czy wierzę w Maryję, bo on nie wierzy i gdy się do niej modli, to nic nie czuje. Zastanowiłem się trochę nad tym i odpowiedziałem, że ja też nic nie czuję. Pamiętam, że wtedy ta osoba zachowała się tak, jakby coś wygrała, to było widać po uśmiechu. Dziwnie się wtedy poczułem.

Dokładnie dwa miesiące później zaproponowano mi wyjazd, ale tym razem już nie dla początkujących. Znowu pojechaliśmy do Bystrzycy. Różnił się od poprzedniego tym, że było więcej osób, około 40. Właśnie na tym wyjeździe miałem zostać „natchniony Duchem Świętym” – jak oni to określali. Nic o tym nie wiedziałem. W przeddzień tego wydarzenia mój animator zadawał mi dużo pytań i mówił o Duchu Świętym, co mogę zyskać przez Jego natchnienie. Było to dla mnie nie do uwierzenia, bo jak zwykły człowiek może np.: uzdrawiać ludzi. Ale im więcej mówił, tym bardziej chciałem tego doświadczyć. Następnego dnia wieczorem była jak zawsze modlitwa chaotyczna i niezrozumiała, tzw. „modlitwa językami”. Zostałem poproszony przez animatora do pokoju. Gdy wszedłem, były już tam dwie kobiety. Naprawdę się wtedy bałem, miałem ręce mokre od potu. Mój animator powiedział, żebym uklęknął, a oni będą się za mnie modlić. Klęczałem i sam się modliłem, ale nic się nie działo! Osoby modlące się nade mną już zaczęły mówić „językami”, brzmiało to tak, jakby używali samych sylab. Nie chciałem, by pomyśleli o mnie, że nie potrafię przyjąć natchnienia Ducha Świętego, więc wymyśliłem „nowy język”, który tak naprawdę nic nie znaczył, ale oni uwierzyli, że mówię „językami” pod natchnieniem Ducha Świętego. Później, gdy wróciłem do domu, powiedziałem Piotrkowi, że ja sam ten język wymyśliłem, ale mi nie uwierzył, co więcej, twierdził, że on miał tak samo, ale z czasem tak długo o tym myślał, aż w końcu uwierzył, że to dar języków od Ducha Świętego. Nie wiedziałem, co o tym myśleć: mówiłem prawdę, a on, człowiek, który idzie za Jezusem, mi nie wierzył!

Nadeszło lato. Coraz więcej czasu spędzałem z ludźmi ze wspólnoty. Dla mnie dzień bez kogoś z nich był dniem straconym. Jeśli rodziły się we mnie jakieś wątpliwości na temat wspólnoty, szukałem odpowiedzi we wspólnocie! Przeważnie pytałem animatora i słyszałem dwie odpowiedzi: po pierwsze zawsze wtedy bronił wspólnoty, po drugie mówił, żebym pomodlił się do Boga, a On sam da mi odpowiedź. Modliłem się, ale nigdy nie słyszałem odpowiedzi, a moje wątpliwości umierały śmiercią naturalną, po prostu przestawałem o nich myśleć.

Teraz, z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że najbardziej byłem manipulowany na obozie letnim w Myszkowie. Gdy tam wyjeżdżałem, znowu musiałem skłamać, gdzie i z kim się wybieram. Kłamstwo przychodziło mi łatwo i bez żadnych wyrzutów sumienia. Mój animator mówił, że kłamstwo w słusznym celu jest dobre i cytował fragment z Pisma Świętego o tym, że mam być „czysty jak gołębica a sprytny jak lis”. I tak każde moje kłamstwo tłumaczyłem.

Nie zdziwiło mnie, że na obozie nie było księdza, nie interesowałem się tym, wszędzie panowała przyjemna atmosfera, co usuwało wątpliwości. Obóz trwał 10 dni, i składał się z różnych etapów: pierwszy dzień był o miłości Bożej, drugi – o roli Boga w moim życiu i w świecie, w kolejnym dniu była mowa o tym, jak szatan chce nas odłączyć od Boga itd. Oficjalnie na obozie nikt nie znieważał Kościoła katolickiego, każdy był tolerancyjny, nikt go nie krytykował. Była to jednak tylko teoria, ponieważ często słyszałem od ludzi, że podczas Komunii świętej nic nie czuli, a do kościoła w ogóle przestali chodzić, bo jest martwy. Padały pytania: „Czy widziałeś kiedyś w Kościele katolickim jakiś cud?”. Niektórzy mówili, że Maryja jest diabłem! Byłem wtedy obojętny, nie protestowałem ani ich nie popierałem. Ósmego dnia obozu była mowa o grzechu i o tym, jak się przed nim bronić. Mówiono wtedy, co robić, gdy ktoś wyraża się źle o wspólnocie lub gdy sami zaczynamy mieć wątpliwości. Trzeba było powtarzać sobie w myślach cytaty z Pisma Świętego albo modlić się „językami”. Tłumaczono to w kategoriach walki duchowej, tzn. że szatan nam podsyła myśli lub ludzi, którzy mają nas odłączyć od wspólnoty – od Boga. Najbardziej utkwiło mi w pamięci jedno wydarzenie. Dziewiątego dnia obozu odbywało się „oficjalne” przyjęcie do wspólnoty. Podchodziło się do starszego pana, który kładł ręce na głowie i coś mówił, a na koniec wypowiadał takie słowa: „Zostaliście przyjęci do wspólnoty, od tej pory nie działajcie przeciwko niej, nie odchodźcie od niej. Jeśli ktoś to uczyni, grzeszy przeciwko Duchowi Świętemu, a tego grzechu Bóg nigdy nie wybaczy, będziecie potępieni na zawsze”. Było to dla mnie straszne, bardzo się bałem. Zastanawiałem się, dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział, jak wygląda przyjęcie do wspólnoty. Dziesiątego dnia odbywała się tak zwana ewangelizacja. Dobieraliśmy się w pary i chodziliśmy po mieście głosząc słowo Boże. Mogłoby się wydawać, że nie ma w tym nic złego, ale to była „chora” ewangelizacja. Zaczepialiśmy ludzi na ulicy, niezależnie od tego, czy mieli wolny czas, czy też byli zajęci, i pytaliśmy, czy znają Jezusa i oddaliby Mu swoje życie. Ludzie prawie zawsze odpowiadali, że nie oddali swojego życia Jezusowi. Wtedy proponowaliśmy wspólną modlitwę, na którą oni przeważnie się zgadzali. A gdy niektórzy z nich pytali, czy reprezentujemy wspólnotę katolicką, kłamaliśmy. Dziesiątego dnia usłyszałem proroctwo: „Jesteście jak ognisko, które nigdy nie zgaśnie, ale jeśli wyciągnie się jedno drewko z ognia, to ono będzie się palić, lecz szybko zgaśnie”.

Gdy wróciłem do domu patrzyłem z pogardą na ludzi, którzy mnie otaczali, a nie byli we wspólnocie. Stałem się innym człowiekiem. Zacząłem wraz z nimi oglądać filmy antykatolickie, które dowodziły, że Kościół jest martwy, święci nie istnieją, a wszyscy oprócz wspólnoty nie zostaną zbawieni. I tak stawałem się coraz bardziej negatywnie nastawiony do Kościoła.

Na moje szczęście zaczęły się „prześladowania”, czyli rodzice kilku osób ze wspólnoty (m.in. moi) zaczęli się niepokoić i podejrzewać, że wspólnota może być sektą. Prześladowania według grupy były dobre, bo potwierdzały to, co nam zawsze powtarzano, że wspólnota jest prawdziwa, dobra i ma Ducha Świętego, dlatego świat – czyli osoby spoza wspólnoty, które dla nas były uosobieniem szatana – chce nas zniszczyć i wykorzystuje nasze słabości i naszych najbliższych. W tamtym czasie uważałem, że każdy (moi rodzice, rodzina, znajomi), kto chce, żebym przestał chodzić na spotkania wspólnoty, jest zły i działa pod mocą diabła.

Starałem się zatem spotykać ze wspólnotą po kryjomu, a nawet gdy moją komórkę zabrali rodzice, dostałem od jednego z jej członków telefon komórkowy, by móc podtrzymywać kontakt. Mówili mi, żebym się wyprowadził z domu, że znajdę pracę i będę żył samodzielnie. Nie zdawałem sobie sprawy, że będzie to początek końca uczestnictwa we wspólnocie. Bardzo się buntowałem, walczyłem, jak mogłem. Rodzice postanowili mnie zabrać do Wrocławia, do Dominikańskiego Ośrodka Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach. Jadąc na spotkanie z panią psycholog, mówiłem sobie i im, że będzie to tylko jedna wizyta. Na tym spotkaniu dużo rzeczy zrozumiałem, ale nie potrafiłem się pogodzić z tym, co usłyszałem. Myślałem wtedy: przecież jestem blisko Jezusa, a ona (psycholog) mówi, że wspólnota jest sektą! To było straszne, ale zgodziłem się przyjeżdżać na następne wizyty. Na spotkaniach krok po kroku analizowaliśmy mechanizmy manipulacji, jakiej byłem poddawany we wspólnocie.

Przełom nastąpił podczas spotkania z koleżanką, która należała do wspólnoty. Po dłuższej rozmowie powiedziałem jej, że jeżdżę na wizyty do pani psycholog, ponieważ wspólnota chyba jest sektą. Obawiałem się jej reakcji, ale okazało się, że ona też tak uważa. Bała się z kimkolwiek o tym rozmawiać, aż spotkała mnie. Wtedy zrozumiałem, że nie jestem sam i nie tylko ja mam wątpliwości. To był dzień, który zmienił moje postępowanie, chociaż wiedziałem, że jest to dopiero początek wychodzenia ze wspólnoty.

Mój były animator chciał się ze mną spotkać, a ja ciągle mu odmawiałem. On jednak nie ustępował, był nachalny. Znając prawdę, tym razem nie uległem i po pewnym czasie „odpuścił”. Była to moja pierwsza wygrana „bitwa”. Potem spotkałem Roberta, któremu powiedziałem, co tak naprawdę myślę o wspólnocie i że przestałem jej ufać. Na co on odparł: „Ludzie zawsze cię zawiodą, ufaj tylko Bogu”. Spytałem go, dlaczego nikt mi nie powiedział o dziesięcinie [dziesiątej części zarobków przeznaczanych obowiązkowo na rzecz wspólnoty]? Odpowiedział: „Gdyby każdemu mówiło się o tym na początku, nie byłoby wspólnoty”. Więcej nie miałem ochoty z nim rozmawiać.

Po tych wszystkich przeżyciach zdałem sobie sprawę, ile krzywdy wyrządziłem mojej rodzinie, przyjaciołom, ile łez zostało wylanych przez moją głupotę. Zaufanie odbudowuję do dziś i wiem, że nie opłaca się wchodzić w coś, czego nie jest się pewnym. Najgorzej boli mnie to, że wykorzystali Pismo Święte do tego, żeby mną manipulować.

Człowiek, który tego nie przeżył, nie zrozumie. Napisałem to świadectwo dla tych, którzy tak jak ja wychodzą lub chcą wyjść z jakiejś sekty, żeby wiedzieli, że nie są sami. Ja na szczęście nie byłem sam, ale wiem, co to za uczucie.

Mogłem to napisać dzięki moim przyjaciołom i rodzinie. Niech mój kawałek życia będzie przestrogą dla innych, bo dziś już wiem, że w bardzo krótkim czasie wiele można zniszczyć, a odbudowywać trzeba ciężko i długo.

Wojtek

Źródło: http://www.sekty.eu
http://glosojcapio.pl/index.php?option= ... Itemid=160

_________________
+ Z Bogiem i Maryją.


Góra   
  Zobacz profil Wyślij e-mail      
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w temacie           [ Posty: 1 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


    |    Kto przegląda ten dział ?

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

..
Skocz do:  

cron

Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu, jak była na początku, teraz i zawsze i na wieki wieków. Amen.
Czytając to Forum DDN, wyrażam swoją Miłość do Maryi i Jezusa Chrystusa, wierząc w Jego Wszechmoc i Miłosierdzie.

"Od Prawdy zależy przyszłość naszej Ojczyzny" - święty Jan Paweł II


Sanktuarium Matki Bożej Kębelskiej w Wąwolnicy Jezu Ufam Tobie!

+ Ewangelia na każdy dzień     + Pismo Święte     + Katechizm Kościoła Katolickiego     + Portal Radio Maryja     + Słuchaj Radia Maryja, przez internet   
Użytkowanie witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Polityka cookies. ;   Polityka prywatności.